Priorytet po wrocławsku

Miała być poprawa, jest jeszcze gorzej. Podsumowanie działań na rzecz promocji komunikacji miejskiej we Wrocławiu.

Zaczęło się od skrócenia linii 131, 141 i 139 i zmniejszenia kursowania linii pospiesznych w porównaniu do stanu przed wakacjami.
Reakcją było zapewnienie prezydenta Wrocławia:

„Nie będzie oszczędności, jeśli chodzi o komunikację zbiorową we Wrocławiu. Komuś się coś pokręciło.”

I na tych obietnicach się skończyło. Jedynie linie tramwajowe wróciły do częstotliwości 12/15 minut, ale już o poprawie kursowania linii autobusów nie było mowy, chociaż urzędnicy nam wmawiali, że zrobią inaczej.
Mało tego, na stronie Urzędu Miejskiego Wrocławia, przez jakiś czas widniał typowo propagandowy obrazek mający utwierdzić ludzi w przekonaniu, że nie zostały wprowadzone żadne ograniczenia w komunikacji miejskiej. Bujda jakich wiele.

Przyszedł koniec września i Europejski Dzień Bez Samochodu. Oczywiście nie zrobiono nic, aby go wypromować w mediach. Skutkiem tych działań była kompletnie zakorkowana ulica Kazimierza Wielkiego oraz pl. Dominikański. Tylko linie tramwajowe mające w większości wydzielone torowisko, kursowały w miarę punktualnie, choć tłoku w nich nie było widać.
Nie postarali się także przewoźnicy obsługujący linie miejskie na zlecenie Wydziału Transportu. Informacji pasażerskiej o darmowych przejazdach tego dnia można było szukać jak igły w stogu siana, nie zablokowano także kasowników.

Potem do działania ruszył także Paweł Wild, człowiek prezydenta i wiceprezes MPK. Na liniach tramwajowych 6 i 7 zlikwidowano postoje i wprowadzono zmiany motorniczych na pętlach.
Pomysł nie jest nowy, od dłuższego czasu jest stosowany w innych państwach Unii Europejskiej. Ale tam komunikacja miejska ma priorytety z prawdziwego zdarzenia, a we Wrocławiu przez braku postojów na pętli bez wydzielania torowisk na pozostałych liniach powoduje, że rozkład w.w. linii jest fikcją.

Pusta propaganda
Samymi szumnymi hasełkami
na taborze komunikacji
miejskiej nie zachęci się
kierowców do korzystania
z niej.
fot. PK

Na samej tylko ul. Powstańców Śląskich, mimo wydzielonego torowiska, codziennie w okolicach przystanków „Urząd Pracy” tworzy się kolejka tramwajów na różnych liniach, a to skutkuje, że większość linii kursuje tak, jak się zwykło w czasach PRL mówić na autobusy – „jeżdżą w kupie”.
Mało tego, motorniczowie na pętlach, zamiast przejmować zmiany, muszą czekać na tramwaj albo rozpaczliwie nawoływać w radiostacji, w którym miejscu ugrzązł ich skład na danej linii.
Kolejny gwóźdź do trumny tego rozwiązania we Wrocławiu, to brak możliwości nadrabiania opóźnień na pętlach. Niektórzy zdają się nie wiedzieć, że przerwy na pętlach służą nie tylko odpoczynkom prowadzących pojazdy komunikacji miejskiej, ale także służą w celu wyrównywania opóźnień.
Np. gdy dana linia przyjeżdża na pętlę 7 minut opóźniona, a postoju jest 10 minut, to jest szansa, że po dojechaniu i zmianie kierunku na wyświetlaczu, jest szansa, że pojazd wyjedzie punktualnie.
Gdy już takich postojów nie ma, to za każdym dojechaniem na pętlę, zwiększa się opóźnienie pojazdu do rozkładu podanego na przystanku. Tym samym pasażerowie nie czekają obiecanych 12 minut, tylko 20 lub więcej. Pogratulować.

Tak duże opóźnienia to także strata dla przewoźnika. Organizator komunikacji miejskiej nie zapłaci przewoźnikowi za niewykonane kursy danej linii, a najbardziej na tym straci pasażer.

Priorytet dla samochodów?

Pod koniec września br. miasto wyraziło chęć poprawy sygnalizacji świetlnej dla tramwajów.
Już wtedy padała krytyka wobec tak późnych działań „naprawczych”. Jak widać widmo wyborów robi swoje i wszystko rozpaczliwie próbuje się poprawiać na ostatnią chwilę.
Także efekt działań był „na ostatnią chwilę”. Tramwaje miały otrzymać priorytet na skrzyżowaniach: z ul. Polaka przy wyjeździe z bus-pasu na pl. Grunwaldzkim, Piłsudskiego ze Świdnicką.

I na tym ostatnim warto się skupić. Sytuacja z poprzedniej niedzieli na przystanku Arkady:
Na ul. Świdnickiej od strony Powstańców Śląskich przyjeżdża tramwaj na linii 17, sygnalizacja „bez gadania” przełącza światła na „zielone” dla tramwaju…
Niby dobrze, ale biorąc pod uwagę fakt, że chwilę wcześniej w ul. Piłsudskiego skręcała „czwórka”, pozostaje tylko ręczne przełożenie zwrotnicy przez motorniczego, wszak mamy XXI wiek, technika idzie do przodu…
I w tym czasie sygnalizator tramwajowy się przełącza na „czerwone” a samochody dostają zieloną falę. Wreszcie po 4 minutach zielone na skręt w Piłsudskiego w kierunku Dworca PKP.
4 minuty w ciągu których zdążyłoby przejechać ponad 25 samochodów, a więc przynajmniej tyle, ile mieści skład tramwajowy #2264+65 oblepiony tego typu reklamą porównawczą.

blog comments powered by Disqus